„Kto odprowadzi Sugara” to opowieść o świecie, w którym ludzkie obsesje przestają grzecznie wychodzą na zewnątrz. Przybierają kształt. Zaczynają chodzić po ulicach. Traumę można spotkać w ciemnej bramie. Gniew może mieć ręce. A cudzy ból trzeba czasem nie tyle pokonać, ile odprowadzić tam, gdzie wreszcie przestanie krzyczeć.
Literatura charakterystyczna dla Filipa Krzemienia: ciężka, poetycka, światopoglądowa i nieufna wobec prostych opowieści. Mniej interesuje ją mapa krain, bardziej człowiek. Mniej walka światła z ciemnością, bardziej pytanie, co człowiek nazywa światłem, żeby usprawiedliwić własną ciemność.
To nie jest klasyczne fantasy z elfem w legginsach, krasnoludem od żartów i mapą krainy, przez którą wszyscy idą trzy tomy, żeby wrzucić coś do dziury.
„Kto odprowadzi Sugara” to opowieść o świecie, w którym ludzkie obsesje przestają grzecznie wychodzą na zewnątrz. Przybierają kształt. Zaczynają chodzić po ulicach. Traumę można spotkać w ciemnej bramie. Gniew może mieć ręce. A cudzy ból trzeba czasem nie tyle pokonać, ile odprowadzić tam, gdzie wreszcie przestanie krzyczeć.
To mroczna, poetycka, brutalna i dziwnie czuła opowieść o bólu, który dostał ciało, oraz o człowieku, który odprowadza cudze koszmary.
Nie ma tu kolejnego wybrańca, który musi ocalić królestwo, bo tak powiedziała przepowiednia. Nie ma kolejnego tronu, o który wszyscy się mordują. Nie ma świętych mieczy, wielkich rodów, braterstwa krwi i przemów o honorze powtarzanych tak często, że człowiek zaczyna podejrzewać, iż bohaterowie nie mają już nic normalnego do powiedzenia. To nie jest opowieść o człowieku jako wielkim, szlachetnym centrum świata. To opowieść o człowieku takim, jakim jest naprawdę: poranionym, śmiesznym, okrutnym, czułym, słabym, gniewnym, zagubionym i ciągle przekonanym, że jakoś to wszystko kontroluje.
Jest tu też coś bliższego codzienności. Bo pod całym mrokiem, pod fantastyką, pod tym, co niezwykłe, ta książka opowiada o zwykłych nas. O ludziach otoczonych przez innych ludzi, przez ich oczekiwania, przemoc, czułość, głupotę, strach i chaos świata, który nie pyta, czy mamy siłę. O walkach, które toczymy w środku. O tym, co się w nas dzieje, kiedy nikt nie patrzy. I o tym, jak bardzo próbujemy nie rozpaść się w codzienności, która czasem sama wygląda jak potwór.
Obok Sugara pojawia się Tosia: dziewczyna za młoda na tyle ciężaru, a jednocześnie zbyt uważna, żeby świat mógł ją łatwo oszukać. Jest w niej kruchość, ale nie słabość. Jest ciekawość, ale nie głupota. Jest światło, które świeci jak zapałka odpalona w piwnicy.
Jednym z najmocniejszych i najbardziej magnetycznych aspektów tej książki jest właśnie relacja między Tosią a Sugarem. Młoda, przenikliwa, pełna życia Tosia i starszy, poturbowany Sugar tworzą duet, w którym od początku czuć napięcie większe niż zwykła sympatia czy opiekuńczość. Jest w tej relacji nostalgia, bo Sugar niesie w sobie ciężar przeżytego świata, a Tosia dopiero staje na granicy własnego losu. Jest romantyzm, ale nie prosty, naiwny ani słodki. Raczej ciemny, szorstki, podszyty milczeniem i fascynacją. Jest też napięcie: subtelne, niejednoznaczne, czasem niemal zmysłowe, obecne w spojrzeniach, pauzach, rozmowach i w tym, jak Tosia reaguje na Sugara, a Sugar na jej obecność. Między nimi pojawia się coś bardziej niebezpiecznego literacko: przyciąganie dwóch samotności, dwóch różnych etapów życia, dwóch ran, które nie układają się w tani romans, lecz w gęstą, pełną napięcia więź. Nie ma tu fantastycznej pozy pod tytułem: „patrzcie, jakie to wielkie i epickie”. Jest za to brudniejsze, bliższe, bardziej ludzkie wejście w mrok. Bez sztucznej podniosłości. Bez napompowanych przemów. Bez udawania, że miecz i ród automatycznie robią z historii literaturę. To fantastyka charakterystyczna dla Filipa Krzemienia: ciężka, światopoglądowa, podszyta filozofią i nieufnością wobec prostych opowieści. Nie ma wygodnie narysowanego dobra i zła, dobrego maga, złego maga oraz armii, które od początku wiadomo, że spotkają się na polu bitwy. Autor, jako filozof i eseista zajmujący się tematami światopoglądowymi, przede wszystkim religią, konstruuje fantastykę inaczej. Tak jak w swojej filozofii oraz prozie nie ucieka od pytań o człowieka, przemoc, wiarę, winę, cierpienie i złudzenia, tak samo robi tutaj. To opowieść z innym punktem ciężkości: mniej zainteresowana mapą krain, bardziej człowiekiem; mniej walką światła z ciemnością, bardziej tym, co człowiek nazywa światłem, żeby usprawiedliwić własną ciemność. .
Finał nie zamyka drzwi. On je wyrywa. Bo kiedy opowieść dochodzi do granicy między tym światem a tym, co ludzie przez wieki nazywali piekłem i niebem, nagle robi się jasne, że to dopiero początek większej wojny. Nie wojny o tron, koronę czy magiczny artefakt. Wojny z porządkiem, który nazwał przemoc miłością, posłuszeństwo dobrem, a tyranię czułością. I tu właśnie zaczyna się prawdziwe jebnięcie w religię z pełnego zamachu. Nie elegancka polemika, nie grzeczne „mam wątpliwości wobec wiary”, nie salonowe stukanie łyżeczką o filiżankę. To jest wejście z buta w złotą salę, w której kazano ludziom klękać, cierpieć, dziękować i jeszcze nazywać to miłością. To w zasadzie detonacja podłożona pod sam fundament. Brutalna, bezczelna i bardzo charakterystyczna dla autora. Taka, po której nie zostaje elegancka refleksja do herbaty, tylko cisza, zaciśnięta szczęka i myśl: co tu się właściwie odpierdoliło. „Kto odprowadzi Sugara” to fantasy dla tych, którzy nie szukają smoków, tylko ran. Nie szukają królestwa, tylko prawdy. Nie chcą ucieczki od świata, tylko chcą zobaczyć, co z niego wyłazi, kiedy człowiek przestaje kłamać
To mój gest w stronę czytelniczki i czytelnika, żebyście mieli ją szybciej niż pozwala na to proces wydawniczy