Ta książka jest śmieszna tak, jak śmieszny jest ktoś, kto mówi absolutnie poważne rzeczy w absolutnie nieodpowiednim momencie. „Janusz Chrystus – synuś tatusia” to literacka symulacja mitu puszczonego „na serio”. Jakby ktoś wziął Ewangelię i zapytał: dobra, ale co by było, gdyby wszyscy zachowywali się w niej dokładnie tak, jak ona każe? I nagle robi się strasznie zabawnie. Humor jest tu sytuacyjny i czysty jak algebra. Nie ma żartu. Jest równanie. I wynik zawsze wychodzi potwornie spójny. To książka, w której absurd nie polega na przesadzie, tylko na dosłowności. Na tym, że mit potraktowany bez metafory zaczyna przypominać groteskowy film gangsterski. Nie ma tu kpiny. Jest chłodna konsekwencja. I dlatego to jest jedna z najdziwniejszych form komedii: komedia bez żartów, bez rozładowania, bez bezpiecznej ironii.
„Janusz Chrystus – synuś tatusia” to komedia w stylu: śmiejesz się, bo rozumiesz, a im bardziej rozumiesz, tym mniej ci do śmiechu. Bawi, bo jest bezlitośnie trzeźwa. I jest trzeźwa, bo nie próbuje być miła.
To po prostu najuczciwsza książka o Jezusie Chrystusie
JANUSZ CHRYSTUS
„Janusz Chrystus – synuś tatusia” to satyryczna powieść Filipa Krzemienia, która przenosi ewangeliczny mit Jezusa Chrystusa w realia współczesnej Polski prowincjonalnej. Biblijna historia zostaje tu rozegrana w scenerii Opolszczyzny i Śląska, gdzie Galileą staje się województwo opolskie, a Judeą – śląskie miasta. Autor traktuje Ewangelię jak materiał fabularny, który można uruchomić w realistycznym świecie. Cuda, objawienia i religijne wydarzenia nie są tu metaforą ani mistycznym doświadczeniem, lecz elementami społecznej gry władzy, wpływów i hierarchii. Historia zaczyna się od narodzin Jana – przyszłego „Czyściciela”, jako pierwszej próby systemu. Stara kobieta zachodzi w ciążę w sposób, który można jeszcze jakoś wytłumaczyć. Cud zostaje wprowadzony ostrożnie, jak demonstracja możliwości. Ma oswoić ludzi z myślą, że pewne rzeczy mogą wydarzyć się poza zwykłym porządkiem biologii i rozsądku. Dopiero po tej próbie przychodzi właściwe wydarzenie. W Namysłowie młoda Marysia dowiaduje się od Gabriela – wysłannika potężnej rodziny zwanej „Duchem” – że zajdzie w ciążę i urodzi syna o imieniu Janusz. Nie jest to rozmowa o cudzie, lecz komunikat o decyzji już podjętej gdzie indziej. Dziewczyna nie zostaje zapytana o zgodę. Zostaje poinformowana.
Januszek rodzi się w prowincjonalnej stajni w Blachowni. Od początku jest postacią niepokojącą: dzieckiem przekonanym o własnej wyjątkowości i prawie do dominacji nad światem. Jego dzieciństwo naznaczone jest brutalnymi „cudami” – słowa chłopca powodują śmierć dzieci, kalectwo dorosłych i upadki nauczycieli. W społeczności zaczyna krążyć przekonanie, że mają do czynienia z rosnącym psychopatą. Dorastający Janusz spotyka Jana Czyściciela – fanatycznego moralistę, który „oczyszcza” ludzi przemocą i strachem. To spotkanie staje się momentem przełomowym. Janusz zaczyna rozumieć mechanikę wpływu: że ludźmi najłatwiej rządzić poprzez lęk, symbol i narrację. Nad rzeką dochodzi także do spotkania z tajemniczym dygnitarzem zwanym Duchem, który ujawnia Januszowi prawdę o jego pochodzeniu. Od tej chwili bohater przestaje być zwykłym outsiderem – staje się częścią potężnego układu władzy. I to jest dopiero początek. Bo dorosły Janusz nie zamierza zbawiać świata. Zamierza go wykorzystać. Włóczy się po Opolskiem i Śląsku, pije cudze wino, je cudze obiady i zaczyna budować własną strukturę wpływu. Najpierw zbiera dwunastu najbliższych przybocznych. Potem rozsyła siedemdziesięciu dwóch akwizytorów swojego przekrętu, którzy mają przekonywać ludzi, że właśnie rodzi się coś wielkiego. A całość historii to nie religia. To kariera. Powieść prowadzi czytelnika przez groteskową, a zarazem niepokojąco logiczną reinterpretację ewangelicznej historii. Znane sceny z Biblii zostają przepisane na język polityki, układów społecznych, lokalnych plotek i brutalnej walki o autorytet. W efekcie „Janusz Chrystus – synuś tatusia” staje się nie tyle parodią religii, ile eksperymentem literackim: pokazuje, co dzieje się z mitem, gdy potraktować go dosłownie i umieścić w świecie, w którym cud jest tylko narzędziem władzy. To historia o tym, jak powstają religie, jak rodzą się symbole i jak łatwo duchowość może stać się mechanizmem kontroli nad ludźmi. Śmiech pojawia się tu nie dlatego, że historia jest absurdalna. Śmiech pojawia się dlatego, że okazuje się zbyt logiczna.
To mój gest w stronę czytelniczki i czytelnika, żebyście mieli ją szybciej niż pozwala na to proces wydawniczy