Ta książka jest śmieszna tak, jak śmieszny jest ktoś, kto mówi absolutnie poważne rzeczy w absolutnie nieodpowiednim momencie. „Janusz Chrystus – Synuś Tatusia” nie jest pamfletem. To literacka symulacja mitu puszczonego „na serio”. Jakby ktoś wziął Ewangelię i zapytał: dobra, ale co by było, gdyby wszyscy zachowywali się w niej dokładnie tak, jak ona każe, bez poetyckiej mgły i bez nabożnego filtra? I nagle robi się strasznie zabawnie. Humor jest tu sytuacyjny i czysty jak algebra. Nie ma żartu. Jest równanie. I wynik zawsze wychodzi potwornie spójny. To książka, w której absurd nie polega na przesadzie, tylko na dosłowności. Na tym, że mit potraktowany bez metafory zaczyna przypominać groteskowy film gangsterski. Nie ma tu kpiny. Jest chłodna konsekwencja. I dlatego to jest jedna z najdziwniejszych form komedii: komedia bez żartów, bez rozładowania, bez bezpiecznej ironii.
„Janusz Chrystus – synuś tatusia” to komedia w stylu: śmiejesz się, bo rozumiesz, a im bardziej rozumiesz, tym mniej ci do śmiechu. Bawi, bo jest bezlitośnie trzeźwa. I jest trzeźwa, bo nie próbuje być miła.
To po prostu najuczciwsza książka o Jezusie Chrystusie