ORGANIZACJA 2026 ***********************
plany
Ponieważ w listach coraz częściej pytacie, kiedy wreszcie zacznie być publikowane uniwersum „Tosi” – kiedy ukaże się „Tosia” jako książka i kiedy ruszą kolejne odsłony – chcę to jasno uporządkować. Dostaję też od was także pytania o kolejne audiobooki i o konkretne plany wydawnicze: co, kiedy i w jakiej kolejności. Dlatego postanowiłem odpowiedzieć w jednym miejscu i wyłożyć sprawę wprost. Na dziś pięć książek jest już wydanych. Są dostępne w księgarniach oraz na mojej stronie. Pod koniec roku nakład powinien zostać zwiększony. Kolejne pięć książek czeka na wydanie. Plan może ulec zmianie, ale kierunek jest jasny. W 2026 roku, w pierwszej kolejności, zostanie wydana: – „Tosia i tyranozaury”. Następnie: – powieść „Tosia” (pierwsza z uniwersum), – delikatnie satyryczna proza „Janusz Chrystus”. Te tytuły niemal na pewno ukażą się w formie papierowej w 2026. Możliwe są kolejne wydania, ale niczego nie obiecuję. Rynek jest rynkiem.
Niezależnie od kolejności wydań papierowych. Audiobooki będą pełnoprawnymi wydaniami dostępnymi na Legimi, Audiotece, z numerami ISBN. Na dziś przewidywana kolejność audiobooków wygląda tak: – do końca lutego: „66 twarzy Lucjana” (wydany już w papierze),, Potem audiobooki tytułów, które jeszcze nie ukazały się drukiem: – „Janusz Chrystus – synuś tatusia”, – „Tosia” (pierwsza część uniwersum), – „Kto odprowadzi Sugara” (fantastyka), – „Tosia i tyranozaury” – potężny audiobook, – „Saturn” (druga część uniwersum), – „Hera” (już wydana na papierze), – „Eris” (trzecia część uniwersum). To jest konkretny, solidny plan wydawniczy audiobooków. Będę go realizował najlepiej i najszybciej, jak się da.
Rynek wydawniczy jest dziś bardzo ciężki i mało odpowiedzialny wobec autora. Dla przykładu: w przypadku uniwersum „Tosia / Saturn / Eris” mam cztery wydawnictwa, które przeczytały wszystkie książki i zadeklarowały chęć ich wydania. Problem w tym, że warunki, które proponują, są dla mnie w zasadzie nie do przyjęcia. Obecnie rynek wygląda tak, że wydawnictwa oczekują „pokrycia części kosztów”. Znam ten rynek i wiem, że w praktyce oznacza to pokrycie całości kosztów wydania książki przez autora, a w zamian oferują średnio 11,5% przychodu z książki. Czyli ja finansuję w zasadzie całość, a oni odpalają mi 1/9 przychodu od książki. To jest zwykłe złodziejstwo. Wydawnictwa działające w klasycznym modelu, czyli ponoszące ryzyko wydania książki, pracują dziś w ten sposób niemal wyłącznie z autorami, którzy już się sprzedają. Jeśli się nie przebijesz, rynek jest po prostu zamknięty. Jedno z wydawnictw, z którym byłem naprawdę blisko porozumienia, zaproponowało sensowne warunki, solidny marketing i nakład 1000 egzemplarzy na start. Dla porównania, większość wydawnictw oferuje dziś 200–300 sztuk. Problem w tym, że zostałem przez to wydawnictwo oszukany komunikacyjnie. Osoba, z którą wszystko ustalałem, dwukrotnie znikała na miesiące, raz tłumacząc się chorobą, raz okresem przedświątecznym. Jeżeli ktoś nie potrafi odpisać autorowi na maila przez miesiąc, to trudno mi zaufać mu w kwestii realizacji całej strategii wydawniczej. A mówimy o trzech książkach, z których pierwsza miała się ukazać jeszcze w zeszłym roku. Przez brak komunikacji straciłem około siedmiu miesięcy, w czasie w którym nie rozmawiałem z innymi wydawnictwami. Późniejsze przeprosiny niczego tu nie zmieniają. Czas jest czymś, czego nie da się odzyskać.
Dodatkowo trzeba powiedzieć to wprost: większość wydawnictw chce dziś, żeby autor zapłacił za wydanie własnej książki kwoty rzędu 11–25 tysięcy złotych, nazywając to „modelem współfinansowania”. To jest bzdura. W takich kwotach można samodzielnie wydać książkę, a często kilka książek, zachowując większość przychodu, nawet po podpisaniu umowy z dystrybutorem i opłaceniu marketingu. Finansowo wychodzi to po prostu lepiej. Rynek wydawniczy jest dziś popieprzony. Najkorzystniej wychodzi robić to samemu. Problem polega na tym, że samodzielne wydawanie wymaga pieniędzy na start. Przy jednej książce rocznie da się przez to przebrnąć. Przy pięciu książkach rocznie robi się to po prostu bardzo ciężkie. Taka jest rzeczywistość. Ci, którzy mnie czytają i obserwują, wiedzą, jak intensywnie pracuję. W ciągu ostatnich pięciu lat napisałem 10 książek. Obecnie pracuję nad kolejnymi czterema, w których jestem mniej więcej w połowie. Podkreślę raz jeszcze: pięć nowych książek jest gotowych do wydania, a kolejne cztery będą gotowe wkrótce. Materiału jest naprawdę bardzo dużo.
Taka jest prawda. Stąd decyzja, że w przypadku nowych książek audiobooki w wielu przypadkach wyprzedzą wersje papierowe. Czemu nie. Nikt nie powiedział, że musi być odwrotnie. Rynek się zmienia. Audiobook jest dziś pełnoprawną i bardzo skuteczną formą dotarcia do odbiorcy. Dla wielu osób po prostu wygodniejszą. To nie jest kwestia gustu. Ja sam wolę papier, lubię usiąść z książką przy ciepłym świetle i czytać. Ale to nie o moje preferencje chodzi. Chodzi o realny, złożony rynek. Są ludzie, którzy nie czytają książek, ale ich słuchają. Są tacy, którzy wolą audiobook w samochodzie, bo nie mają czasu na spokojne czytanie. Nie oceniam tego. Po prostu audiobook jest dziś tak samo potrzebny jak książka papierowa. I nie widzę żadnego powodu, żeby audiobook nie mógł ukazać się wcześniej niż wersja papierowa. Jest to dla mnie sensowne rozwiązanie, bo audiobooki realizuję we własnym zakresie. Dzięki temu mogę działać szybciej i niezależnie – czekanie na odpowiedź z wydawnictwa trwa średnio 4 miesiące. Dlatego będę się starał, żebyście nowe książki dostawali najpierw w formie audiobooków, możliwie szybko. Co do wydań papierowych – nie wiem, jak to się dokładnie ułoży. Wszystko zależy od finansów. Po prostu.
plany
Nie chcę dostawać jałmużny za książki pisane latami. Bo 11,5% przychodu, zwłaszcza w sytuacji, w której autor ma jeszcze zapłacić za wydanie własnej książki, to jest jałmużna. I to kiepsko udawana.
Są też umowy, w których zapis jest prosty: dopóki nie sprzeda się np. 500 egzemplarzy książki, autor nie dostaje ani grosza.
I to nie jest teoria. Od sprzedaży mojej pierwszej książki wydanej cztery lata temu nie dostałem do dziś ani grosza, ponieważ nie osiągnęła limitu sprzedażowego, który wydawnictwo sobie ustaliło. W związku z tym wynagrodzenie mi nie przysługuje.
Jedyną rzeczą, na której byłem w stanie cokolwiek zarobić, były egzemplarze wydrukowane dla mnie, za moje własne pieniądze, które mogłem sprzedawać samodzielnie.
Do tego dochodzi kolejny absurd:
wydawnictwa pracują z dystrybutorami w taki sposób, że przez pierwsze pół roku autor w zasadzie nie widzi żadnych pieniędzy, nawet jeśli książka się sprzedaje. Dystrybutorzy rozliczają się dopiero po około sześciu miesiącach.
Czyli w praktyce wygląda to tak: piszesz książkę latami, często dokładasz się finansowo do jej wydania, potem czekasz miesiącami na rozliczenia, a na końcu dostajesz z tego 1/9 ceny sprzedaży. W porywach 1/7.
Dlatego wolę wydać książki samemu, mieć większość przychodu, zapłacić jedynie za realne usługi: dystrybucję, marketing, kiedy uznam to za sensowne.
I tu nie ukrywam, że wasze wsparcie ma ogromne znaczenie. Stawiam sprawy uczciwie. Jeśli spojrzycie na liczbę książek do wydania, audiobooków do zrealizowania i kolejne projekty w toku, łatwo zrozumieć, że to są duże pieniądze i ogromny nakład czasu.
A czas poświęcony na ich realizację to czas, którego nie mogę przeznaczyć na inne źródła dochodu. Dlatego przy moich artykułach pojawiają się linki do wsparcia. To nie jest zbiórka na jacht. To jest realna potrzeba przy pięciu nowych książkach do wydania, wielu audiobookach do zrealizowania i kolejnych książkach w drodze. I to nie jest koniec. Cały czas publikuję artykuły, materiały wideo i kolejne teksty. Trzeba jednak jasno powiedzieć: przebicie się na tym rynku jest bardzo trudne. Wydawnictwa w większości działają dziś jak firmy usługowe, rynek jest zalany literaturą, a autorzy niepokorni systemowo – krytyczni wobec władzy, religii, populizmu – nie są bezpieczną inwestycją. Zaryzykują tylko ludzie wolni myślowo, z kręgosłupem. A to, jak wiadomo, rzadko idzie w parze z biznesem. Literatura nie bierze się znikąd. W przypadku takiej liczby książek, jaką napisałem i piszę, to jest niewiarygodny nakład pracy. Praca 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu. To jest ciężka praca twórcza. Z tą różnicą, że nie mam stałej miesięcznej pensji, która pozwalałaby mi funkcjonować bez zmartwień. Jeżeli cenicie moją literaturę i chcecie, żeby powstawało jej jak najwięcej, to od strony twórczej nie zawodzę: pięć książek wydanych, pięć gotowych do wydania, cztery kolejne w drodze i to wciąż nie jest koniec. Problemem nie jest tworzenie. Problemem jest proces publikacji, który w obecnym modelu ciąży niemal w całości na autorze, przy jednocześnie skrajnie nieuczciwych warunkach oferowanych przez wydawnictwa. Na ten moment są one dla mnie nie do przyjęcia.
Bez problemu. Znajdę dla niej wydawnictwo, spokojnie ją wydam, dostaniecie jedną książkę na rok. Tylko wtedy piąta gotowa dziś książka ukazałaby się realnie w 2030, a w międzyczasie napisałbym kolejne pięć, sześć następnych. I chyba nie o to chodzi.
Dlatego ten rok przynosi u mnie inne spojrzenie na całą kwestię wydawniczą. Tym bardziej że zeszły rok był dla mnie obfity w kontakty z wydawnictwami i pokazał bardzo wyraźnie, jak brzydko i nieodpowiedzialnie potrafią one traktować autorów: brak odpowiedzi, automatyczne boty, ignorowanie wiadomości, opieszałość, zerowa odpowiedzialność za zmarnowany czas i rozwalone strategie.
Miałem sytuacje, w których wydawnictwo odpowiadało botem, potem… odrzucało książkę, której nigdy nie wysłałem. Miałem sytuacje, w których wiadomości były odczytywane i nie było nawet grzecznościowej odpowiedzi. Miałem sytuacje, w których po domknięciu negocjacji przez brak komunikacji rozsypywały się całe plany wydawnicze i nikt nie ponosił za to żadnych konsekwencji.
Do tego dochodzi kompletny chaos finansowy: jedno wydawnictwo proponuje wydanie książki za 11 tysięcy, inne za 27 tysięcy tej samej książki.
Na jakich liczbach to się opiera? Bo koszty są policzalne: skład, druk, dystrybucja. Marketing to osobna sprawa, a „wrzucenie posta na Facebooka”, gdy wydawnictwo ma sto tytułów, nie jest żadnym marketingiem.
Moje książki są po redakcji, zatem ten koszt w wydawnictwie odpada. Zostaje korekta. Koszty są znane.
Osobno chcę zaznaczyć jedną, bardzo ważną rzecz. Dzięki uprzejmości i niewiarygodnej pracy mojej redaktorki – Magdalena Szarotka-Kondor, kwestię redakcji mam z głowy. Od trzeciej mojej książki zajmuje się tym ona. I robi to całkowicie za darmo. Nie dlatego, że „tak wypada”, tylko dlatego, że ceni moją literaturę i chce ją wspierać swoją ciężką, czasochłonną pracą. To jest coś absolutnie nieoczywistego i rzadkiego na tym rynku.
Za tę pracę Magda ma mój ogromny szacunek i wdzięczność. Bez niej nie byłbym w tym miejscu, w którym jest dziś.
skład, druk, dystrybucja. I właśnie dlatego propozycje wydawnictw, które żądają ode mnie nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych, są dla mnie nie do obrony. Te kwoty nie mają żadnego uzasadnienia kosztowego. One istnieją tylko w jednym celu: żeby zarobić na autorze na dzień dobry, nie jako na pisarzu, lecz jako na kliencie korzystającym z usługi. I jeżeli mam być szczery, a już tak się komunikuję z wydawnictwami, które oferują mi „wydanie książki za moje własne pieniądze”, to powinny one uczciwie zmienić nazwę. Nie na „wydawnictwo”, tylko na firmę usługową. Bo wydawnictwo to jest konstrukt, który z definicji powinien działać inaczej: jeżeli chcecie coś wydać, jeżeli uważacie, że materiał ma potencjał, to ponosicie ryzyko wydania. Wydajecie książkę na własny koszt i robicie wszystko, żeby się sprzedała. A w momencie, w którym wydawnictwo oferuje mi wyłącznie usługę wydania książki za określoną kwotę, dodatkowo zawyżoną minimum o 100% względem realnych kosztów, to ja wiem, z czym mam do czynienia. I wiem to nie teoretycznie, tylko z praktyki. Wiem to choćby na przykładzie mojej ostatniej, najgrubszej książki, wydanej w twardej oprawie, w nakładzie porównywalnym do tego, co oferują te wydawnictwa. Całość kosztowała mnie 5,8 tysiąca złotych. To jest minimum dwa razy taniej niż najtańsza propozycja wydawnictwa, które chciało „współfinansować” wydanie książki cieńszej i w miękkiej oprawie. Ponadto, jeżeli wchodzę w taki model wydawniczy, jeżeli wpadam w ich obieg, w którym wydano już kilkadziesiąt książek w tym samym trybie, to wydawnictwo nie ma absolutnie żadnego interesu, żeby realnie promować moją książkę. Dlaczego miałoby to robić? Oni już zarobili. Kilka, kilkanaście tysięcy złotych z góry. A „marketing” w postaci wrzucenia jednego posta na Facebooku? To jest bez kosztu. To nie jest żaden marketing. To nie jest model, do którego chcę dokładać swoje pieniądze, swój czas i swoją pracę. To jest model, w którym autor nie jest partnerem, tylko źródłem przychodu.
Przy samodzielnym modelu mogę zapłacić za realne usługi, zrobić konkretny marketing pod konkretną książkę i finansowo wyjść dużo lepiej, zachowując kontrolę. I chcę wam to wszystko pokazać nie po to, żeby narzekać, tylko żeby było jasne, jak paskudny stał się ten rynek. To jest dziś rynek czysto biznesowy, nastawiony na rzeczy populistyczne, bezpieczne, masowe. Rzeczy antysystemowe, niewygodne, płynące pod prąd nie są mile widziane. A moje książki nie są pisane pod większość. I z tą świadomością podejmuję decyzje, które pozwalają mi tworzyć dalej, uczciwie, na własnych zasadach.
plany
Nie. Robię to, żeby zmieniać świat. Żeby wyrywać ludzi z gotowych narracji, z wygodnych schematów, z automatycznego myślenia. Żeby można było spojrzeć trzeźwo, w ostrym, odważnym, często obrazoburczym kontraście. To nie jest altruizm. To jest świadomy wybór drogi twórczej. Ale jednocześnie nie udawajmy, że to jest hobby. To jest dla mnie praca 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu. Bez urlopów, bez ferii, bez wakacji. Od wielu, wielu lat. Moi czytelnicy to wiedzą. Wystarczy spojrzeć na skalę mojej twórczości w stosunku do czasu, w jakim publikuję. Tego nie da się zrobić „po godzinach”. Popularność przynosi przychód. Ale popularność w dzisiejszym, przeładowanym rynku literatury nie bierze się znikąd. Wymaga mocnego marketingu. A mocny marketing wymaga pieniędzy albo realnego zaangażowania czytelników. Pisania o książkach. Oceniania ich. Lajkowania. Komentowania. Tworzenia wokół nich hałasu. W zeszłym roku pisałem o serwisie Lubimyczytać, który organizował konkurs na „książkę roku”. Do konkursu kwalifikowały się książki ze średnią oceną około 7,2. Moje książki miały średnią 9,8 i były wydane w tym samym roku, więc mogły być nominowane do konkursu. Po komunikacji wyszło jednak jasno, że ocena nie jest kluczowa. Kluczowy jest szum wokół książki. Ilość opinii. Aktywność na forach. Widoczność. Dlatego zasugerowałem im, żeby zmienili nazwę konkursu nie na „książkę roku”, bo to intuicyjnie znaczy najlepszą książkę roku, tylko na najpopularniejszą książkę roku. Bo nie chodziło o jakość. Chodziło o liczbę głosów i hałas. I tu jest apel do moich czytelników. Aktywność wokół książki ma ogromne znaczenie. Nie tylko sprzedaż, ale też to, czy książka w ogóle jest brana pod uwagę w konkursach, rankingach, zestawieniach. To nie jest już moje zadanie. To jest wasza rola, jeśli chcecie, żeby te książki miały realną siłę rażenia w świecie, który premiuje nie to, co najlepsze, tylko to, co najgłośniejsze.
W tej formie będę publikował swoje eseje w wersji audio. Normalne, pełnoprawne materiały. Eseje będą ukazywać się średnio raz w tygodniu. Będą to teksty czytane, dopracowane brzmieniowo, o różnej długości – od około 20 minut do godziny, w zależności od tematu. To nie będą wrzutki robione „na kolanie”. To będą profesjonalnie zrealizowane materiały, powstałe doraźnie lub, które nie trafiły do książek nie dlatego, że były słabe, ale dlatego, że nie mieściły się już w ich strukturze albo nie pasowały tonem do aktualnie pisanych utworów. Ten podcast ma spełniać dwie funkcje. Po pierwsze: pozwoli zapoznać się z brzmieniem mojej literatury i sposobem prowadzenia myśli. Po drugie: będzie naturalnym wejściem w moją twórczość dla tych, którzy wolą słuchać niż czytać. Dla osób, które będą chciały iść dalej, audiobooki pozostaną pełnoprawnym rozwinięciem tej drogi. Podcast nie zastępuje książek. Jest kolejną formą kontaktu z materiałem i tym samym sposobem myślenia.
To kolejna dziedzina, która mnie obciąża, ale jednocześnie daje wam dostęp do czegoś świeżego, jeszcze nie do końca odsłoniętego. Poematów jest już kilka. Utworów opartych na nich – prawie trzydzieści. Powstają kolejne. To nie jest epizod, tylko realna, rosnąca działalność. Całość oczywiście będzie dostępna w internecie, ale powoli. Na razie funkcjonuje Instagram i YouTube, w planach jest Spotify. I nie – to nie jest projekt pod nagrody Grammy. To ma służyć dwóm prostym rzeczom: Po pierwsze – poezji, ale podanej tak, żeby dało się jej słuchać bez nabożnego marszczenia brwi. Po drugie – promowaniu mojej sztuki jako całości.
Jestem szczerze i bardzo mile zaskoczony, że tak wam się podoba to, co robi TosiazPowiesci. Seria nazywa się „Tosia śpiewa Sugara” i serio – dostaję prywatne wiadomości, że chcecie tych piosenek więcej. Nie będę ukrywał: jest już trochę tego. I nie będę też udawał, że mnie to nie rusza. Jadąc w krótką podróż, słuchałem ich w kółko i dawno się tak dobrze nie bawiłem. Przy niektórych tonacjach nawet próbowałem tańczyć górną partią ciała. Jak kaleka. Ale było w tym coś bardzo orzeźwiającego. Jeśli podoba wam się ta robota i macie ochotę na porządną playlistę do wanny, do łóżka, do jazdy samochodem, do ćwiczeń, whatever, to śmiało możecie postawić kawę Tosi lub mi. Jedna kawa latte (25 zł) to dostęp do playlisty z 10 utworami, pakowanymi losowo, bez wybrzydzania. Stawiasz kawę Tosi lub mi, przychodzi powiadomienie. Na adres e-mail z powiadomienia Tosia odsyła link do playlisty. Możesz pobrać utwory w formacie WAV albo słuchać ich bezpośrednio na dysku. Myślę, że to uczciwy deal.
Tworzenie to czas. A kiedy tworzy się 24/7, to już nie jest „praca”, tylko pełne poświęcenie. No i nie oszukujmy się – narzędzia do tworzenia w mediach po prostu kosztują. Jeśli nie macie w zwyczaju wspierać twórców, to spokojnie. Możecie po prostu obserwować. Utwory i tak będą się pojawiać i co jakiś czas będą udostępniane. Jeśli macie cierpliwość, proszę bardzo. Wkrótce powstaną też inne kanały, na których będzie można tej muzyki posłuchać, więc prędzej czy później i tak do was dotrze. Ale jeśli chcecie od razu playlisty i pliki w dobrej jakości, to deal jest prosty. Kawka. Teraz krótka informacja. Każdy utwór to forma audio moich poematów, czasem krótszych, czasem dłuższych. Treść jest w całości autorska. Te poematy na razie nie ukażą się w żadnej książce, choć jeśli będzie ich więcej, to kto wie. Jeśli lubicie treści, które nie boją się dotykać tematów „nie do ruszenia” – obserwujcie. A jeśli chcecie więcej wiedzy, więcej logiki i więcej obrazoburczego języka – to serio, nie zwlekajcie. Sięgnijcie po moje książki. One robią z człowiekiem więcej niż niejedna terapia odwykowa od religijnych iluzji.
Moje poematy (tylko te już opublikowane) w formie śpiewanej znajdziecie tu:
Chcesz playlistę? Postaw latte(25zł)